• Wpisów:147
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:51 dni temu
  • Licznik odwiedzin:1 694 / 335 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Sprzedałam swoje auto. No cóż, kiedyś musiał nastąpić ten moment. Troche mi przykro bo jeździłam tym autem przez 11 lat i miało ono dla mnie znaczenie sentymentalne, no ale ...czasem po prostu trzeba się pożegnać z jednym, by przywitać z drugim. Ale jaja w ogóle odchodziły przy sprzedaży tego auta to ja długo tego nie zapomnę. Spóźniłam się trochę na to spotkanie z klientem, na szczęście maż był w domu, więc zajął się pokazywaniem auta zanim ja dotarłam. I tak, jak tylko dotarłam na miejsce, widzę że przy moim aucie stoi mąż, syn i ten klient. Podeszłam do niego, przywitałam się i co widzę... gościu jest totalnie na bani... no na bani takiej że szok. Od razu sobie pomyślałam, że to jakiś żart i że ja człowiekowi nie sprzedam tego auta nawet gdyby chciał mi podwójnie zapłacić. No ale po pewnym czasie przyjechała reszta jego rodziny to znaczy teść z żoną i dzieckiem. No i ostatecznie jakoś się dogadaliśmy, no ale gościu wstawiony był ostro i tak się zachowywał, że jeżeli ktoś z sąsiadów tym czasie wyglądał przez okno to ja nie chcę myśleć co sobie pomyślał. Masakra po prostu. Tak że ostatecznie umowę podpisaliśmy, kasę dostaliśmy i auto pojechało....szkoda mi było troche .... no ale taka sytuacja jest, że potrzebujemy kupić auto z większym bagażnikiem bo gdziekolwiek zawsze wyjeżdżalśmy to ten mój opel corsa zawsze był niewystarczający. Ciągle brakowało miejsca. Siedzieliśmy ściśnięci jak ogórki w puszcze. No i ostatnio spodobał nam się taki citroen c4 picasso i takiego poszukujemy, ale chyba nie kupimy go w Polsce. Będziemy musieli pojechać po niego do Niemiec bo wyjdzie taniej no i kupimy to czego potrzebujemy czyli benzynowego a nie diesla... w Polsce tylko same diesle są.
 

 
Jakiś miesiąc temu wracając do domu z pracy na rowerze zostałam złapana przez policję, która wypisała mi mandat za to, że zamiast ścieżką rowerową jechałam chodnikiem. Ścieżka była po jednej stronie ulicy a chodnik po drugiej. Wiem, faktycznie, możę powinnam jechać tą ścieżką, ale sprawa wygląda tak, że jak ja ruszam spod miejsca mojej pracy to najbliżej mam właśnie ten chodnik. Żeby dostać się bezpiecznie na ścieżkę po drugiej stronie ulicy musiałabym sporo drogi nadrobić wstecz, żeby znaleźć przejście dla pieszych i móc przejechać na drugą stronę ulicy by dostać sie na tą ścieżkę. I tak, jak jadę ten krótki odcinek po chodniku to zaraz za tym chodnikiem dalej ciągnie się ścieżka i ja już resztę drogi jadę po tej ścieżce dla rowerów. No ale maiłam pecha tamtego dnia. Jechałam tym chodnikiem, radiowóz policyjny mnie na nim wypatrzył, zajechał mi drogę w momencie w którym miałam już przejeżdżać właśnie na tą ściezkę, na sygnałach dźwiękowych i świetlnych jakbym jakimś bandytą była co najmniej i bez nawet żadnego pouczenia dostałam mandat w wysokości 50 zł. No powiem wam, że byłam tym faktem lekko podłamana. Jeżdżę autem od 2002 roku i nigdy w życiu nie dostałam nawet jednego mandatu, nie mam żadnych punktów karnych, w zasadzie takiej osobie powinno się na dobry początek dac tylko pouczenie, a ja zostałam potraktowana z grubej rury jak przestępca wysokiego kalibru bo gonili mnie radiowozem na sygnałach i zajechali mi drogę przed ścieżką robiąc mi blokadę . No i jako nigdy wcześniej niekarany doświadczony kierowca samochodu osobowego nagle po kilku tygodniach jazdy rowerem dostałam swój pierwszy w życiu mandat. Serio...serio....Policja już nie ma naprawdę co robić. Nie zajmuje się poważnymi sprawami, tylko ugania się za rowerzystkami. Jeszcze, żebym jakoś nieprzepisowo pędziła na tym rowerze i tratowała po drodze ludzi, ale ja sobie jechałam bardzo wolno, ledwie się toczyłam. Kurdę... minął miesiąc od tamtego czasu ale jak sobie tylko o tym przypominam to aż mi niedobrze się robi. No ale cóż począć. Zapłaciłam mandat i w sumie to już zupełnie przestałam jeździć tamtą drogą. A o policji mam już swoje zdanie, myślałam, że te wszystkie plotki o zmuszaniu policjantów do wyrobienia normy miesięcznej na mandaty to tylko plotka, ale okazuje się, że jednak nie. No i faktycznie, oni do niczego się nie nadają tylko do łapania rowerzystek, bo tylko takie są w stanie tym swoim radiowozem dogonić.
 

 
Kiedyś zalogowałam się na takim portalu gdzie można testować różne produkty. W wolnej chwili klikałam, zapisywałam się do różnych projektów i długo nikt mnie do tych projektów nie wybierał, aż w końcu do domu przyszła paczka z kapsułkami vizir. Szczerze mówiąc początkowo byłam sceptycznie nastawiona do kapsułek, może dlatego że używając kapsułek w zmywarce ciągle byłam niezadowolona, a dopiero proszek poradził sobie lepiej ze zmywaniem naczyń niż kapsułki. Myślałam, że w przypadku kapsułek do prania będzie tak samo, ale serio myliłam się. To jest chyba nawet lepsze niż proszek, który czasem zostawiał ślady na ubraniach, a tym razem po kapsułce ani śladu. Dodatkowo ja do prania zawsze dolewałam jeszcze płynu do zmiękczania tkanin a piorąc z kapsułką już nie trzeba bo ma to wszystko w składzie. Zapach po praniu też jest cudny, więc naprawdę byłam pozytywnie zaskoczona tymi kapsułkami. Fajnie, że udało mi się przetestować coś, do czego nie byłam wcześniej przekonana by móc się przekonać, że jednak jest to warte uwagi. Polecam.
  • awatar Wieczna Studentka: Używam od dawna, bo zajmują mniej miejsca niż proszek i nawet lepiej się je kupuje - mniej niesienia :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Trzeci raz piszę ten post bo za każdym razem pisząc to co chciałam przekazać wychodziło, że jestem franca, bo do ciężarnej koleżanki, która w smsie żaliła się jak to jest jej źle bo ona tu jest w ciąży i powinna o siebie dmuchać a tu ma chore dziecko i być może będzie musiała je oddać do szpitala z ojcem co spowoduje że będą rozdzieleni na kilka dni i dziecko możę to przeżyć. No tak, wiadomo, tak to bywa jak się ma dziecko i jednocześnie oczekuje na drugie, albo w ogóle jak ma się dwoje dzieci i z jednym trzeba zostać a z drugim np. iść do szpitala. Ponieważ ja nie mam i być może nigdy nie będę mieć takich problemów bo mnie w ciąże zajść jest trudno to napisałam jej tak troche ku pokrzepieniu mnie samej, że może dobrze, że ja w ciąży nie jestem i nie będę bo dla mnie to chyba byłoby za dużo do udźwignięcia i może powinnam mierzyć siły na zamiary, ale jednocześnie cieszę się że ona jest na tyle sila i że da sobie świetnie ze wszystkim radę. Nie czuję, żeby ten mój sms miał jakiś negatywny wydźwięk. No ale myślę, że ona mogła to odebrać trochę zaczepnie i odpisała mi jeszcze zaczepniej czego w sumie mogłam się po niej spodziewać. Napisała mi, że ona chciała mieć drugie dziecko, bo nie chce żeby jak ona i jej mąż odejdą z tego świata to żęby jej syn został sam, że będzie miał wtedy brata i w ogóle sama była jedynaczką więc chciała żeby jej syn nim nie był. Potem jeszcze dodała że przecież ja kiedyś chciałam mieć 3 dzieci i założyć przedszkole. Z tym przedszkolem to trochę chyba przesadziła, bo nigdy niczego takiego nie mówiłam, ale to że napisała do osoby, o której wie, jak ciężko je było zajść w ciążę i że ponowne zajście w ciążę może nie być w sumie możliwe i pisze do mnie takie rzeczy że chciałam mieć 3 a mam jedno...No właśnie, mam jedno i cholernie się z tego powodu cieszę, bo mogłam nawet jednego nie mieć. SERIO!!! Mogłam nie mieć nawet tego jednego. Fuksneło mi się, że mam jedno i czy ja mogę oczekiwać jeszcze więcej od losu? Nie wiem, wiadomo, gdybym tylko mogła to bym bardzo chciała, ale wiem i ona wie że tak nie jest.. więc po co mi w ogóle pisze takie rzeczy, że chciałam mieć trójkę. To jest taka właśnie koleżanka, do której napiszesz coś, a ona cię walnie mocniejszym tekstem bo może, bo uważa się za lepszą, za zdolniejszą. Ok... wygrałaś dziewczyno, jesteś lepsza ode mnie, chciałam jej tym moim smsem też w pewnym sensie dać do zrozumienia, że ja odpuściłam jakich chory wyścig z nią i już nie staram się o drugie dziecko, bo ona będzie miała drugie. Nie.. odpuszczam. Niech sobie będzie na podium i cieszy się tym zwycięstwem. Zawsze miałam takie wrażenie że ona ze mną konkuruje. Od pierwszego jej zdania, kiedy tata mi dał swój pierwszy telefon komórkowy na szkolną wycieczkę, żebym miała z nim kontakt, nikt wtedy nie miał telefonu tylko ja, ona popatrzyła, prychnęła i skwitowała, że jej wujek ma lepszy. Potem zdradziłam jej, że mam takie marzenie, że chce mieć psa, najlepiej rasy bokser, że nazwałabym go wtedy MAX, nie minęło chyba pół roku kiedy dowiedziałam się, że rodzice kupili jej psa, boksera i nazwała go MAX. Następnie było jeszcze kilka takich sytuacji, gdzie najpierw mnie kopiowała a potem próbowała przebić mój sukces. Jak kiedyś w konkursie recytatorskim zdobyłam 2 miejsce z wiersz "Pan Hilary" ona w kolejnym konkursie wystąpiła z tym samym wierszem i zdobyła 1 miejsce. W podstawówce dowiedziała się, że ja planuję zadawać do liceum im Kopernika bo tam był prowadzony program wymiany uczniów za granicę a ja o tym marzyłam od dawna,... i co widzę jak poszłam na wstępne egzaminy do tego liceum? O.. właśnie ją. Ona też postanowiła zdawać do tego samego liceum. CZEMU< ACH CZEMU? Myślałam sobie wtedy, maiałam nadzieję, że może w końcu się od niej uwolnię, ale nie...ja nigdy nie chciałam z nią o nic konkurować ale czułam jej oddech na plecach, gdzieś goniła za mną tą moją ścieżką, próbowała być ode mnie lepsza...w ciążę pierwszą też zajść musiała przede mną, no i teraz jest w drugiej, prześcignęła mnie we wszystkim bo nawet studia lepsze skończyła ode mnie i ja w sumie chciałam jej dać do zrozumienia że koniec! BASTA!!! Nie ścigam się z nią już wiecej, nie chcę wiecej dzieci, bedę miała jedno i będę cholernie szczęśliwa, ale wiem, że ona jest silna i że sobie da radę, ja wysiadam ztego pędzącego pociagu i nie chcę już więcej brać udział w tym głupim z nią wyścigu . Przyznałam się nawet, że ja jestem dupa i nie dałabym rady, a ona jest lepsza i tą radę da... liczyłam że odpisze.. spoko, twój wybór i dzięki że we mnie wierzysz... ale obawiałam się, że ona będzie sobą i odpisze mi że przecież chciałam mieć trójkę, że ona będzie miała lepiej bo jej synowie po jej śmierci nie zostaną sami (chyba, że tak jak moja mama i jej siostra rozjadą się po świecie i teraz jak mąż siostry mojej mamy umarł a jej syn jest w Anglii ona siedzi sama we wszystkie święta bo jest na drugim końcu Polski i jej się nie chce przyjechać do nas, ale co tam, najważniejsze że będzie miał rodzeństwo) No i właśnie sobie myślałam, że jeśli mi w taki sposób odpisze, że znów będzie próbowała wywyższyć się na mojej krzywdzie.. tak, na mojej krzywdzie bo jestem pewna, że ona wie, żę ja cierpię z tego powodu że nie mogę mieć dzieci... to definitywnie urwę z nią kontakt. I tak zrobiłam. Zablokowałam jej numer telefonu i nie odpisałam już więcej i nie odpiszę na tego smsa. Nie ma sensu tłumaczyć jej tego wszystkiego bo ona i tak wie swoje i wie lepiej..A ja nie chcę się obracać wśród ludzi, którzy mają na mnie taki toksyczny wpływ i tylko sprawiają że męczę się psychicznie tym wszystkim. To już jest koniec, finito.....mam już dość!
  • awatar Pussh: @antybohaterka: dziękuję :*
  • awatar antybohaterka: Jedno dziecko to juz bardzo wiele. Inni nawet jednego nie maja...A Tobie zycze ciazy z zaskoczenia!
  • awatar antybohaterka: Wypisz wymaluj jak moja szwagierka. Ona jak zaszlam w ciążę za kilka mc tez zaszla a tak to mowila ze nie chce bachorow. A potem odgapiala bajki, zabawki, zdjecia (!) i wiele innych rzeczy. Ona sie podziwia jak ona sobie swiet ie rade daje laczyc prace, silownie, fitnesy i zakupy i wszystko... Tak tylko ze z dzieckiem wlasnym spędza po 3 godziny na dzien. Do tego je "mondre" rady medyczne..kazdemu szuka choroby. Jak mojemu mezowi dowalila to sie gryzl kilka miesiecy...A sama swej nie widzi.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Ostatnio mam taki trochę ciężki psychicznie czas. Czuję niemoc w pewnych sprawach, ważnych dla mnie sprawach i mnie to okropnie przytłacza. W dodatku mam w sobie strasznie dużo złości na samą siebie. Wczoraj w tej swojej okropnej złości walnęłam się specjalnie ręką w głowę i o dziwo trochę mi to pomogło. Nie raz słyszałam, że ból fizyczny może zagłuszyć ten psychiczny i dlatego np. wiele młodych osób nie radząc sobie z emocjami podcina sobie żyły albo tnie się po rękach i to im sprawa ulgę. Nigdy nie mogłam tego pojąć. Jak to? Jak sprawianie sobie fizycznego bólu może pomóc? Aż wczoraj, trochę w takim ferworze złości walnęłam się ręką o głowę, jakbym chciała żeby te wszystkie złe myśli z niej w końcu wyszły i właśnie tak jakby to poskutkowało. Jakby wypadły faktycznie z mojej głowy a na ich miejsce pojawił się ból fizyczny. Tylko jak ból fizyczny mija to znów się pojawiają. Dlatego nie, nie zamierzam już więcej siebie tak krzywdzić, ani się ciąć i nikomu tego nie polecam. Jakoś inaczej będę musiała sobie z tym poradzić. Nie wiem jeszcze jak, ale muszę coś wymyślić bo przecież mam w domu ukochaną istotkę, której musze dawać 100 procent siebie, a z takimi moimi problemami nie do końca jestem w stanie tego robić. Swoją drogą, on też mi dużo pomaga, daje kopa do działania, daje mi nadzieję i motywację. Dla niego wszystko to robię, dla niego rano wstaję i staram się czuć zupełnie normalnie.
  • awatar Pussh: @Elizabeth15: Witaminę D już biorę chociaż nie wiem czy jest z tej "dobrej" natomiast co do otaczania się dobrymi ludzmi to zdecydowanie masz rację. Już poczyniłam pierwszy krok w tym kierunku.
  • awatar Elizabeth15: Kochana, zacznij brać dobrą witaminę D i otaczaj się pozytywnymi ludźmi ☺
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Mój mały nadal jest chory. Co prawda temperatura już mu nie rośnie i ma zupełnie normalną, natomiast teraz pojawił się kaszel i nadal ma katar, tyle tylko, że nie jest on już jakiś bakteryjny. Wczoraj bawiliśmy się razem całe popołudnie odkąd wróciłam z pracy, no prawie, bo jeszcze pojechałam z tatą na wymianę telefonu. Teraz mam tą całą motrorolę 5 czy jakoś tak. No ale zaraz potem, kiedy wróciłam do domu to zaczęliśmy się bawić i bawiliśmy się tak chyba do 20:30. Było super, naprawdę przyjemnie, tylko ten kaszel nam ciągle przeszkadzał. No ja już nie wiem ,gdyby nie to to byłoby już naprawdę wszystko w porządku. Chyba zabierzemy dziś małego do pediatry po południu.

Ale powiem wam jeszcze jedną rzecz. Kocham tego mojego syna tak niesamowicie bardzo, że to aż nie ma nawet takiego punktu na skali, żebym mogła pokazać jak bardzo go kocham. Jak ja jestem mega szczęśliwa, że go mam, o raaaany... jestem niesamowitą szczęściarą, że on jest, że pojawił się w moim życiu. I mówię to po nieprzespanej nocy, gdzie młody budził się kilka razy przez kaszel.
 

 
W sprawie tego mojego okresu chyba coś w końcu zaczęło się dziać, bo zauważyłam dziś naprawdę mega niewielkie plamienie. Mogłoby w końcu coś z tym ruszyć bo dziś mija 50 dzień tego cyklu a ja naprawdę mam już dość. W piątek kupiłam zioła, zmieszałam i może to ich zasługa.
 

 
Ostatnio przyszły mi do głowy pewne przemyślenia na podstawie zachowania jednej z moich koleżanek. Należy ona do grona takich osób, które uwielbiają być we wszystkim najlepsze i uwielbiają się dzielić swoimi sukcesami ze wszystkimi, a w szczególności z tymi, o których ona myśli, że są gorsi od niej. W tym przypadku trafiło na mnie. Ja jestem tą gorszą według niej od niej i to mnie często wysyła smsy chwaląc się swoimi sukcesami. Ja wiem, jak to co teraz pisze wygląda z boku. Czego ja w ogóle chcę, przecież to chyba miłe, jeśli ktoś pisze do mnie tylko same miłe rzeczy a nie złe. No wiadomo, że to dobrze, jeśli komuś się dobrze układa, ale czy faktycznie o każdej głupiej rzeczy w której się odniosło sukces naprawdę trzeba pisać drugiej osobie? I to jest jeszcze takie pisanie na zasadzie rywalizacji ze mną, jak bardzo ona ma lepsze życie od mojego. Kiedyś wysłałam jej wiadomość zupełnie neutralną, zdjęcie jakichś klocków które kupiłam małemu i to było na zasadzie - zobacz, jakie fajne, może też będziesz chciała takie kupić to ci o nich powiem. W odpowiedzi ona wysłała mi zdjęcie innych, lepszych, większych, droższych klocków, pisząc mi, że ona ma takie i są fajniejsze, lepsze i tak dalej. I tak było jeszcze w kilku innych sytuacjach. Wysłałam jej jak mój syn zjadł truskawkę, było to dla mnie o tyle ważne, że nie byłam w stanie zmusić mojego niejadka do zjedzenia czegokolwiek w tamtym okresie, a ona mi odesłała zdjęcie swojego jak ten siedzi przy suto zastawionym stole, zajada, że aż mu się uszy trzęsą i tekst, że ona takich problemów to w ogóle nie ma. To tak, wszystko przyćmiło ten mój nawet mały sukcesik i każdy jej taki sms zwrotny z tym, że ona ma wszystko większe, lepsze i w ogóle oh i ach sprawił, że ja w ogole przestałam do niej cokolwiek wysyłać, za to ona wysyłała dalej. Rozkręciła się na maksa. Pisze do mnie o wszystkim. Mnie to już nawet przestało zupełnie interesowac, ale widzę, że ona ma taką potrzebę wysyłana mi tych smsów o swoich sukcesach i mało tego, ma również potrzebę żebym ja ją pochwaliła, albo jej syna, albo sytuację, pogratulowała, pozachwycała się. No i właśnie tak po jej ostatnim smsie, po którym tak jakby trochę wymusiła na mnie żebym jej odpisała coś miłego na ten jej kolejny sukces (tym razem, że jej syn jeździ już na rowerze z pedałami) stwiedziłam, że ona musi mieć mega niskie poczucie własnej wartości jeśli szuka poklasku u innych, jeśli sama nie potrafi sobie takiej potrzeby zaspokoić. Wiele osób takich jest, ale ja tutaj pod lupkę wzięłam akurat tą moją koleżankę. Być może nie ma tak naprawdę wokół siebie osoby, która by ją podziwiała a znalazła ją we mnie i to mnie non stop chwali się wszystkim. Podziwiam, odpisuję, że pięknie, że cudnie, że wspaniale mimo że guzik mnie te jej sukcesy obchodzą. Kiedyś to nawet się tym przejmowałam. Ale teraz stwierdziłam, że odpiszę jej na odwal się tego smsa żeby jej było miło, a sama wiem jak jest, że tak naprawdę ona jest biedną osobą, z niskim poczuciem własnej wartości, która potrzebuje mnie do tego, żeby sie dowartościowywać.... ja w tym przypadku jestem od niej lepsza... bo takiej osoby nie potrzebuję. I tyle..
 

 
A i jeszcze jak wczoraj wychodziliśmy z tego szpitala to na parkingu zauważyłam że stoi jakiś taki dziwny wóz. Podeszłam bliżej i okazało się, że jest cały oblepiony napisami RUTKOWSKI PATROL. Ciekawa jestem co żołnierze Rutkowskiego albo i on sam robili w moim mieście pod szpitalem.
  • awatar antybohaterka: Widziałam taki wóz podrobę..nonjaja sobie koles robi i tyle. Potem dal Rudkowski a teraz znow Rutkowski.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
A już myślałam, że wszystko będzie ok. No niestety. Wczoraj wracając z pracy spotkałam przed domem męża z synem. Już nie chcę nawet pisać, że syn miał założone za małe spodnie, które odłożyłam na kupkę do wyniesienia do piwnicy, ale widocznie po moim mężu to można się wszystkiego spodziewać. Zauważyłam od razu, że mały jest jakiś taki spocony, dziwny, no ale może dlatego, że w ogóle było wczoraj duszno i gorąco, a oni właśnie wracali z placu zabaw. No i ledwo co wróciliśmy do domu to mały położył się do łóżka i zasnął. Wystarczyło że dotknęłam jego czoła i już wiedziałam, że teperatura znowu skoczyła. Było 38,3. Zabraliśmy go wiec do tej nocnej i świątecznej opieki do szpitala. Tam akurat nie było pediatry tylko taki lekarz ogólny, ale po wysłuchaniu całej naszej historii stwierdził, że skoro to już tak tydzień się ciągnie to należy włączyć antybiotyk. Podaliśmy pierwszą dawkę małemu po powrocie do domu i niby usnął spokojnie, jednak koło 3:40 obudził się cały rozpalony i po zmierzeniu temperatury okazało się że ma 39,6. Masakra. Dałam mu oczywiście od razu syrop na gorączkę, ale coś słabo ta temperatura spadała, więc zrobiliśmy mu chłodną kąpiel i dopiero wtedy zaczęło spadać, tyle że ten spadek był do co najmniej 37,5. Potem mały nagle nabrał ochotę na zabawę, więc mąż z nim posiedział, bo ja dziś o 8 miałam sie stawić w pracy. Chyba jakoś po godzinie dopiero zasneli, nie wiem, zamknęli się w pokoju u młodego i jak wychodziłam rano z domu to ich nie widziałam. No i zostaw tu dziecko z facetem. Jeszcze rano dzwoniła i pytałam w jakiej kondycji jest dziecko, bo przecież mogli jeszcze iść do przychodni do lekarza, ale usłyszałam że wszystko jest ok. Po powrocie do domu mąż mi jednak powiedział, że nie do końca było ok, bo cały dzień był raczej taki spokojny, nie swój... nosz.. naprawdę. I do tego jeszcze te przymaławe spodnie, które gołym okiem widać było, że są ZA MAŁE!!!!, a on mu je założył... nie wiem, naprawdę nie wiem w jakim świecie ten moj facet żyje.
 

 
I do tego wszystkiego ja mam jeszcze problem ze sobą i to mnie też dość niepokoi. Dziś mija 47 dzień mojego cyklu. Tak - 47 dzień i nawet nie jestem w ciąży. Coś jest naprawdę bardzo nie tak i nie wiem jeszcze konkretnie co bo ginekologa mam dopiero na przyszły piątek zapisanego. W 29 dniu cyklu miałam już takie skurcze w dole brzucha jak na okres, więc myślałam nawet że to jest właśnie zapowiedź okresu, ale tego jak nie było tak nadal nie ma. Zwykle przed okresem zawsze bolą mnie okropnie piersi, teraz niby czuję jakiś lekki ból, ale raczej taki bliżej sutków i to po naciśnięciu ich palcem odczuwam lekki dyskomfort ale nie jest takie jakieś obrzmienie jak to zwykle bywa przed okresem. Nawet w pewnym momencie podejrzewałam ciążę, bo przecież było zbliżenie z mężem w międzyczasie, miałam nawet takie dziwne objawy, okropnie swędziały mnie całe piersi, czułam nawet mdłości, do dziś mam takie momenty że czuję te mdłości, taki metaliczny smak w ustach jak to nawet w pierwszej ciąży miałam, wiec nawet gdzieś koło 40 dnia cyklu zrobiłam test, ale nic z niego nie wyszło. Więc twierdzę, że w ciąży nie jestem i prawdopodobnie mam jakieś zaburzenia hormonalne i wkurzam się trochę, bo prawdę mówiąc chciałabym żeby to była ciąża, a jakiekolwiek dalsze starania są w poczekalni bo nawet okresu jeszcze nie dostałam i nie wiadomo czy i kiedy go dostanę. Z resztą, nie żeby było tak, że ja się staram o to drugie dziecko, bo nie, nie robimy nic na siłę, nie liczę dni płodnych i tym podobnych rzeczy nie robię już od dawna, po prostu, jest sex i gdyby z niego wyszło dziecko to bylibyśmy z mężem ogromnie szczęśliwi. Ja to w sumie już dość dawno straciłam nadzieję na kolejną ciążę, bo o pierwszą długo się starałam i moje zajście w ciążę jest w zasadzie nieprawdopodobne, no ale jak już mi się ten okres zaczął spóźniać to tak trochę nabrałam nadzieji, że może jednak zdarzył się jakiś cud... no ale nie... niestety. Za to jedna z moich przyjaciółek ze szkoły zaszła w drugą ciążę i jest niesamowicie szczęśliwa. Przyznam, żę jej zazdroszczę. Ona jest w ciąży, ja się zmagam z problemem zdrowotnym, mi jest przykro, no cóż, życie..Dziewczyny które z taką łatwością zachodzą w ciąże nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jakie one mają diabelnie ogromne szczęście. Jaki wy macie dar od Boga, że tak możecie sobie w ciążę po prostu zajść. Ja nie mogę...
  • awatar Pussh: @antybohaterka: jedyna pociecha jaka mam, to że jest ten jeden syn, ukochany, upragniony, wyczekany i gdybym go nie miała świat byłby okropny, ponury, szary i nie widziałabym sensu. Strasznie jestem za niego wdzięczna, że jest, on jest moim największym skarbem
  • awatar antybohaterka: @Pussh: moi rodzice czekali na mnie 7 lat wiec widmo tego przeslanialo mi kazdy miesiac....wiem ze to nic. Ale biorac pod uwage wiek to juz niewesolo.
  • awatar Pussh: @antybohaterka: ja o pierwsze dziecko walczyłam 6 lat wiec wiesz, 10 miesiecy to dla mnie jest jednak krótko, rozumiem że dla ciebie może być to długi okres, w porównaniu do tych dziewczyn, które pierwszy miesiąc, pierwszy sex i już ciąża... to jest mało pocieszające
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Z pracą to było tak, że niby miałam na te trzy dni zwolnienie lekarskie, ale ponieważ poniedziałek i wtorek miałam być w pracy na popołudnie, a nikogo na zastępstwo za mnie nie było to zgodziłam się, żeby telefon do odbierania przełączyli na mój komórkowy i wtedy mogłam być w domu i jednocześnie odbierać telefony. Jeszcze w poniedziałek było spoko, odbierałam sobie w domu, miałam spokój bo moi panowie akurat wyszli do lekarza, gorzej było we wtorek. Akurat byłam na linii z klientem, kiedy na drugą zadzwonił ten drugi szef, a ponieważ u mnie w komórce jest tak, że jak ktoś dzwoni na drugą linię to włącza się poczta głosowa ten sobie pomyślał, że po prostu nie odbieram telefonów. Zadzwonił do mnie po raz któryś tam i opieprzał mnie że ja telefonów nie odbieram, kiedy tak naprawdę właśnie kiedy od się nie mógł do mnie dodzwonić to ja rozmawiałam z klientem. Normalnie tak się wpieniłam, wygarnęłam mu, że ja tak naprawdę to wcale tych telefonów nie muszę, a nawet nie powinnam odbierac bo mam zwolnienie lekarskie i żeby trochę się pohamował z tymi pretensjami do mnie, tym bardziej, żę są nieuzasadnione bo ja rozmawiałam z klientem dlatego nie mógł się do mnie dodzwonić. Ten gościu to taki rodzaj imbecyla jest więc nie wiem czy on w ogole do końca zajarzył jak to z tymi telefonami jest, ale no prawda jest taka, że mnie to dość mocno wkurzyło. Bo tak jak napisałam wyżej, miałam zwolnienie i to że odbierałam telefony mimo wszystko w czasie w którym nawet nie powinnam tego robić było tylko i wyłącznie moją dobrą wolą, a on mnie jeszcze opieprza że nie odbieram telefonów mimo iż odbierałam.
 

 
Ostatni tydzień miałam taki trochę kiepski, w sumie to poczynając od tego zeszłego piątku, albo może i nawet wcześniej, ale powiedzmy, że wszystko zaczęło się od tej nieprzyjemnej sytuacji związanej z kremem przeciwsłonecznym w przedszkolu, potem dostałam dość niemiłą wiadomość, po której ciężko mi było dojść do siebie, a w sobotę mój syn zaczął narzekać na ucho, to znaczy wstał rano i mówił, że go ucho bolało. Dałam mu nurofen na ból i po tym dziecko czuło się już dobrze, normalnie się zachowywał, bawił, nawet pojechaliśmy na rowerach do mojej mamy żeby jej dać prezent na dzień matki i właśnie tak po krótkiej zabawie z dziadkiem synu znów zaczął narzekać na ból ucha i nagle też w momencie zrobił się cały rozpalony. No tak, wiadomo, sobota, jak zwykle dziecko zaczyna nam chorować w łikend kiedy to nie można iść normalnie do przychodni do lekarza, normalka. Wezwaliśmy lekarza do domu, no ale on stwierdził, że on poza woskowiną w tym uchu niczego nie widzi, że stanu zapalnego nie ma. Kazał tylko podawać nurofen na zbicie gorączki i przepisał jakieś kropelki do ucha, które miały tą woskowinę rozpuszczać. Powiedział, że ten ból ucha może być też od uciskającej go w tym uchu wydzieliny z nosa, bo oczywiście katar również się pojawił i to taki mega lejący. Także całą resztę łikendu przesiedzieliśmy z małym w domu, ciągle nam gorączkował z przerwami na te kilka godzin kiedy był podany lek przeciwgorączkowy, w niedzielę wieczorem to już sam się położył do łóżka i temperatura to mu wtedy wzrosła do 39,6 wręcz, to go od razu pod chłodny prysznic wzielismy ale to nawet niewiele dało. Dopiero jak się wypocił pod kołdrą to temperatura zaczęła mu spadać. No masakra jakaś. W poniedziałek ja w ogóle do pracy nie poszłam. Mąż poszedł po południu z synem do przychodni, gdzie ponownie lekarz niczego nie stwierdził oprócz tej woskowiny. No ale wziełam zwolnienie na dziecko, bo jak tu takie gorączkujące w ogóle do przedszkola posyłać. W poniedziałek jeszcze przed tym lekarzem temperatura wzrosła mu do 37,9. We wtorek miał mieć ten występ na dzień matki o 11 i mały bardzo chciał iść na ten występ więc rano we wtorek z bólem serca,bo nie widziałam go w ogóle jeszcze w tym przedszkolu, rano miał jeszcze takie troche ponad 37 stopni ale z bólem serca zaprowadziłam go do przedszkola, potem poszłam na 11 na ten występ i zaraz po nim zabrałam go do domu i trochę tego żałuję, bo widać było, żę dziecko jest mocno osłabione. Dziś już jest lepiej bo nie gorączkuje, ale od czasu do czasu pokasłuje co też mnie trochę niepokoi, no i co jeszcze bardziej mnie niepokoi, to że on niedosłyszy. Często jak sie go o coś zapytam to pyta "co?" bo on nie słyszy. Może to być przez ta zalegającą woskowinę, albo i nie, nie wiem. Zapisałam go do laryngologa na przyszły tydzień i zobaczymy co on mi wtedy powie. Dziś już jestem w pracy bo mąż ma akurat dziś wolne więc został z małym. No i tak właśnie, pieluchomajtki które zakładaliśmy młodemu na noc jeszcze bo w ciągu dnia normalnie już kontrolował mocz i te inne sprawy, ale skończyły nam się już te pieluchomajtki i zdecydowałam, że już nie kupimy więcej, no i jest ciepło, już lato, wiec nawet jeśli mały by się zesikał do łóżka to będzie szybciej schło i zdecydowałam już totalnie go odpieluchować, nawet z tej pieluchy nocnej. I tak jak już pisałam wcześniej, pierwsza noc zakończyła się sukcesem. To jest chyba jedna, jedyna dobra wiadomość w tym tygodniu bo reszta to tak jak wyżej, kiepsko, naprawdę kiepsko. A jeszcze jakie miałam przeboje związane z pracą to wam napiszę może w osobnym poście.
 

 
Jestem taka dumna z tego mojego szkraba, bo dziś przespał pierwszą noc zupełnie bez pieluchy. Wstał o 4:30, poprosił o zaprowadzenie go do ubikacji, zrobił siku i poszedł dalej spać. No naprawdę. Nie spodziewałam się czegoś takiego podczas pierwszej nocy bez pieluchy. Wiadomo, może być jeszcze różnie, ale synu chyba załapał w końcu o co biega i będzie się starał nie sikać do łóżka. Pewnie nie raz jeszcze będą jakieś wpadki, ale dojdziemy do perfekcji, jestem tego w zupełności pewna. No i ogromnie naprawdę ogromnie dumna z tego mojego słoneczka bo to kolejny milowy krok w jego rozwoju.
 

 
No mówię wam jak ja się dzisiaj wkurzyłam. Wczoraj po powrocie do pracy patrzę na młodego a on ma całe czerwone ręce, oparzone od słońca. No więc dziś zaniosłam do przedszkola krem z filtrem przeciwsłonecznym i daję go pani i proszę aby jeśli będą znów dziś wychodzić na dwór to żeby posmarowała młodemu rączki bo już ma całe czerwone od słońca i nie chcę żeby doszło do poparzenia. Na co ona, że ona nie wie czy ona może przyjmować takie rzeczy i czy może mi dziecko smarować. Ja normalnie oczy jak 5 zł na nią, jak to kurna, nie może? To co w takim razie, ma się dziecko nabawić poparzeń któregoś tam stopnia od słońca bo wielce pani przedszkolance nie chce się mu rączek posmarować? No mówię wam, wkurzyło mnie to. Mówię jej, że sama bym posmarowała, ale to i tak nic nie da, bo te kremy działają przez jakiś określony czas i co z tego, żę ja mu posmaruję o 8 jak o 13 on wyjdzie na słońce i tak to guzik pomoże. No ja nie wiem, ale tak mi ciśnienie dziś pani z przedszkola podniosła, że normalnie kawy pić nie musiałam.

  • awatar Pussh: @Elizabeth15: no i tak powinno być
  • awatar Elizabeth15: U nas w przedszkolu w Niemczech była informacja, że każde dziecko ma przynieść krem przeciwsłoneczny i kaszkiet na głowę. Każde przyniosło krem i ma opisane swoim imieniem, panie smarują dzieci i wszyscy są zadowoleni.
  • awatar Pussh: @Indira: no ale to niedorzeczne, bo takie dzieci trzeba dotykać bo są małe, np. co z dotykaniem w ubikacji, przecież jeszcze kilka miesięcy tymu mój syn nie potrafił sobie nawet spodni podciągnąć bo był za malutki, jak dzieci płaczą to panie biorą dzieci na kolana i przytulają, a posmarować rączek już nie moga? Kupy się to nie trzyma
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
No i mam jeszcze tą taką sąsiadkę, co to mieszka drzwi obok. To właśnie ta, która ma się wyprowadzić pod koniec roku dwa bloki dalej do większego mieszkania. Zdążyłam ją nawet polubić, nie wiem jak ona, może ona też troche mie lubi, tym bardziej, że zawsze jak czegoś potrzebuje ode mnie to ja tak jakby zawsze jej udzielam pomocy, a to coś pożyczę, a to zawsze jak przyjeżdżał do niej kurier z paczką, a jej nie było to zawsze ją odbierałam, dzieci kiedyś potrzebowała u mnie zostawic, to się nimi zajęłam, zupę ogórkową im dałam, żeby głodne nie były. jak chciała przegrać sobie filmy z kaset WHS na cd to też jej to zrobiłam, nawet jak mnie poprosiła, żebym przegrała dla jej koleżanki to też zrobiłam jej to bezpłatnie bo inni każą sobie za coś takiego płacić, ale fakt faktem jest też taki, że ona czasem daje Piotrusiowi jakieś już nieużywane zabawki więc spoko, jesteśmy kwita. No i ostatnio jak potrzebowała pożyczyć transportera do przewiezienia swojego królika do weterynarza to też jej pożyczyłam. Dla mnie to naprawdę żaden problem jest bo i tak go już nie używał. Jeździł nim mój kot, ale mój kto już od kilku lat nie żyje, więc w sumie powinnam już ten transporter sprzedać, gdyż nie przewiduję już więcej zwierząt w moim domu. Tak więc dałam jej ten transporter, nawet powiedziałam, że póki co może sobie go używać, ale w piątek kiedy wychodziłam do pracy spotkałam ją na klatce i spytała mnie kiedy będę w domu to poszłybyśmy razem do tej piwnicy odnieść transporter. No to jej mówię, że będę po południu. Wracam do domu i co widzę? Ano, leży mój transporter na klatce obok moich drzwi. No kurde... ja wszystko rozumiem, ale serio? No a co by było gdyby ten transporter ktoś wziął, ukradł. Tak sie nie robi po prostu. Wkurzyłam się lekko tym co zrobiła i chyba długo, długo nie będę jej już nic pożyczać.
 

 
Cały łikend przejeździliśmy wspólnie na rowerach. To znaczy, młody jechał z nami na swoim foteliku. Zamontowaliśmy go już rok temu i o ile w zeszłym roku jazda z małym była spoko bo ważył 15 kg, to w tym roku to jakiś horror. Mały, nie jest już taki bardzo mały, dobiega już do 20 kg, a ja podjeżdżając z nim pod górkę myślałam, że płuca wypluję. Początkowo myślałam, że mam naprawdę kiepską kondycję i w ogóle przytyłam przez zimę, więc jestem słabsza i nie mogę podjechać pod górkę, ale dziś wzięłam rower i pojechałam sama do pracy i ło raaaany, jaki luuuuz. Podjeżdżałam pod każdą górkę, jazda była teraz naprawdę przyjemna bo jechało się szybko i lekko. Jednak te dodatkowe prawie 20 kg na rowerze miało ogromny wpływ i zdaje się, że czeka nas przeniesienie fotelika na rower męża, bo inaczej ja długo tak nie pociągnę.
 

 
Chyba dwa tygodnie temu wysyłałam do spółdzielni tego maila ze zdjęciami pudeł i innych śmieci w piwnicy. Odpisali mi wtedy, że natychmiast to usuną. Nie usunęli. Jedynie wywiesili kartkę, że jeśli właściciele tych śmieci tego nie usuną to oni zrobią to sami do 18 maja. No i dziś schodząc po rower do piwnicy zauważyłam, że faktycznie śmieci już nie ma, został jedynie fotel obrotowy. Nie wiem czyj on jest, ale jesli do końca tygodnia nikt tego nie usunie z piwnicy to - będę pisać dalej. Wiem.. jestem wredna że szok.
 

 
Bycie mamą nie jest łatwe. To naprawdę ogromny trud. Nieprzespane noce, przepłakane, chwile bezsilności, bolący kręgosłup od noszenia chorego dziecka w nocy, wykonywanie wielu różnych rzeczy jedną ręką gdy drugą trzyma się dziecko, jeżdżenie po lekarzach, specjalistach, czuwanie nad dobrem i bezpieczeństwem dziecka i wiele, wiele innych ale....gdybym musiała zrobić to jeszcze raz nawet bym się nie wahała i zrobiłabym to wszystko ponownie. No może ewentualnie poprawiłabym jakieś pewne swoje błędy, takich jak np. że nie rozszerzałabym diety dziecku zaraz po 4 miesiącu tylko czekałabym na taki moment aż będzie na to gotowe... ale jeśli chodzi o wszystkie trudy związane z macierzyństwem to nigdy żadnego mojego wysiłku nie żałuję. To był słodki pot ma moim czole.
 

 
Kilka dni temu wychodzę ubrana (tak przynajmniej mi się wydwało) zupełnie normalnie z łazenki, a mój syn widząc mnie taką mówi:
-ohh mamo, jak ty pięknie wyglądasz

Hmmm, według mnie wyglądałam zupełnie normalnie, miałam na sobie bluzkę, którą już kilka razy wcześniej nosiłam, ale te słowa mojego syna sprawiły, że poczułam się w niej wyjątkowo i ... o rany, żeby tak mąż mi od czasu do czasu powiedział... ale chociaż dobrze, że syn zauważa piękny wygląd swojej mamusi
 

 
W sprawie doniczek nic od wczoraj się nie zmieniło. Kartka była tylko przekładana z miejsca na miejsce, ale doniczki stały tam gdzie je postawiłam, więc spoko. Dziś rano zabrałam kartkę i może jak wrócę to wezmę te doniczki do domu. I tak mam kilka kwiatków do posadzenia na balkon, więc akurat się przydadzą.

Mój syn ma w przedszkolu własną paczkę ulubionych kolegów. Najepsiejsi to Alan i Kuba. Nawet pani w przedszkolu stwierdziła, że super się dobrali i ciągle trzymają się razem. faktycznie. Dziś jak zaprowadziłam młodego do przedszkola to ledwo synu wszedł, już poleciał do tego Kuby i Alana i natychmiast razem zaczęli się bawić. Jak najlepsi kumple. Super sprawa. Jestem tak mega dumna z tego mojego malucha, że potrafił sobie znaleźć fajne towarzystwo i że świetnie się w tym towarzystwie dogaduje. Rewelacja.
 

 
Wczoraj rano kiedy wychodziłam z domu do pracy to na klatce schodowej zauważyłam, że moje dwie doniczki, które położyłam na parapecie okiennym przed zimą zostały zdjęte i leżały na podłodze . Zdziwiłam się trochę ale pomyślałam sobie, że może to sprzątaczka je zdjęła chwilowo, może potrzebowała umyć okno albo cuś, więc w sumie zostawiłam je tak jak były i poszłam do pracy. Po pracy dalej leżały na podłodze, ale jeszcze obładowana siatami i nie ruszałam, dopiero jak wychodziłam z małym na spacer to wtedy po drodze położyłam znowu te doniczki na parapet. Na spacerze byliśmy godzinę i kiedy wracaliśmy zauważyłam ,że doniczki znów leżą na podłodze. No to się już mega wkurzyłam i jednocześnie zdziwiłam, bo kurde, co komu te doniczki nagle zaczęły przeszkadzać? Stały tam całą zimę i nagle teraz komuś one zaczęły przeszkadzać. Mało tego, ja mieszkam w tym bloku ponad 20 lat i nigdy wcześniej nie wyciągałam swoich doniczek na klatkę, zawsze robili to inni, pozastawiali wszystkie parapety na każdym piętrze, tak że ja nawet już miejsca nie miałam na swoje, ale raz w tym roku postanowiłam wcześniej przed wszystkimi postawić swoje, bo obowiązuje zasada kto pierwszy ten lepszy i nagle komuś kurde zaczęło to przeszkadzać. Napisałam więc na kartce list do tej osoby "dlaczego przestawiasz moje doniczki?" położyłam tą kartkę na doniczce i poszłam do domu w nadzieji, że na drugi dzień otrzymam jakąś sensowną odpowiedz. Niestety, mimo iż widziałam, że kartka była poruszona dwukrotnie to nikt na niej nic nie napisał, nie odpowiedział. Także nadal jestem w głębokiej nieświadomości poczynań ludzkich. I tym samym uważam, że ktoś, nie ważne już w sumie kto, ale generalnie sąsiedzi z tego bloku weszli ze mną na wojenną scieżkę. Już od pewnego czasu biję się z myślami jakie są powody poczynań niektórych osób, np. jeśli ktoś zaczyna wiercić wiertarką i wykonywać prace budowlane w swoim mieszkaniu po godzinie 21, albo wybija godzinia 23:30 a ktoś puszcza muzykę na full i to gra tak przynajmniej godzinę, albo ta sama osoba puszcza tą muzykę nagle o 5:30 rano. Do tego miałam kiedyś taką sytuację, że sprzątałam swoją piwnicę i wystawiłam kilka starych pudeł przed piwnicę, żeby potem wynieść je do kosza, ale ponieważ tego dnia lało jak z cebra i nie chciało mi się z pudłami latać po deszczu to zostawiłam je w kącie i zdecydowałam, że przyjdę po nie następnego dnia, to zaś ktoś zrobił zdjęcie tych moich pudeł i zgłosił to do spółdzielni a spółdzielnia użyła tego zdjęcia moich pudeł i porozklejała po całej klatce kartki z tym zdjęciem i groźbą, że jesli sama tego nie wyniosę to oni przyjdą i to wyniosą!!! A dziś wchodzę do piwnicy a tam w tym samym miejscu:










Oczywiście zrobiłam te zdjęcia i wysłałam do spółdzielni i tak, właśnie miałam to olać, ale jest wojna i od teraz wszystko będe kurna zgłaszać!!!!
 

 
Zawsze jak mi jest coś źle czy smutno to mam takie jedno wspomnienie, do którego uwielbiam wracać, które sprawia, że przenoszę się chwilowo wtedy w tamto miejsce, tamten czas, tamtą chwilę i nic wokoło się innego nie dzieje, tylko jestem ja i tamta chwila, najpiękniejsza w moim życiu. Leżę na sali operacyjnej i mój syn się rodzi i nagle słyszę jego płacz, tak głośny, tak donośny... najwspanialsza chwila, jedna, jedyna w swoim rodzaju.
 

 
Ostatnio wyświetlił mi się taki filmik na you tube o rebornach, a konkretnie był to filmik, który nakręciła osoba, która zawodowo zajmuje się malowaniem takich rebornów i oprócz tego, że je sprzedaje to sama posiada takiego reborna na własny użytek. Reborny to są takie lalki, robione najczęściej z winylu, które wyglądem przypominają prawdziwe dziecko. Często wykorzystywane są one do zdjęć reklamowych, tam gdzie np. trzeba by było "zatrudnić" dziecko, noworodka i niepotrzebnie męczyć go ujęciami bądź przebieraniem w ubranka to łatwiej jest kupić taką lalę i wtedy można jej cykać zdjęcia na okragło i przebierać bez jakiś tam konsekwencji. Natomiast są też osoby, które kupują takie lale w celach albo kolekcjonerskich albo terapeutycznych, np. matki które straciły swoje dzieci, nie donosiły ciąży, albo kobiety, które mają silny instynkt macierzyński a w ciążę zajść z jakichś tam powodów nie mogą.
Powiem tak, ja w pewnym sensie powinnam i nawet może rozumiem te kobiety, które kupują takie reborny w celach terapeutycznych bo sama kiedyś cierpiałam na nadmiar uczuć macierzyńskich a przez 6 lat starań o dziecko nie udawało się, wiec ja popadałam tylko w coraz głębsza i głębszą depresję z tego powodu i nie wiem, bo wtedy kiedy się starałam o dziecko nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, nie wiem jednak jakie byłoby moje spojrzenie na temat w tamtym dość trudnym dla mnie okresie. Jednak patrząc na to z puntu widzenia w którym jestem obecnie to według mnie to jest trochę okłamywanie samego siebie, że jest się matką takiej sztucznej lalki i gdy w końcu taka osoba zachodzi w ciążę i rodzi dziecko może się bardzo, ale to bardzo niemiło zaskoczyć, albo co najmniej być w szoku, bo jak się okazuje to dziecko, które żyje jest płaczliwe, nie przesypia nocy, boleśnie kąsa w brodawki i nie chce się od nich odczepić, a jak w końcu spi to ty z kolei nie spisz bo czuwasz i sprawdzasz czy oddycha, wcale a wcale nie musi być tak że będzie leżało tylko i ładnie wyglądało w swoim łóżeczku czy leżaczku, np. mój był takim typowym hajnidem który wisiał na mnie dzień i noc. Nie bardzo mogłam go odłożyć żeby w spokoju napić się kawy albo zrobić cokolwiek innego, do tego takie dziecko ma kolki i wszelkie różne inne dolegliwości, nawet jesli ich nie ma to ty jako matka zastanawiasz się czy aby na pewno wszystko jest ok. Do tego jesteś zmęczona i niewyspana a z rana musisz jechać do pediatry na kontrolę, na szczepienia, na tzw. bioderka i jest pełno różnych takich spraw do załatwienia, które musisz a nie koniecznie masz chęć wykonać. No i przede wszystkim, dziecka nie da się wyłączyć... to nie jest tak, że dziś się gorzej czujesz więc odkładasz lalką na półkę i wrócisz do niej jutro.... nie, od dziecka nie ma odpoczynku. Jeśli jesteś matką, jesteś matką 24 h 7 dni w tygodniu i nie ma zmiłuj. Także, jeśli jakaś kobieta, która nie bardzo ma pojęcie na czym polega opieka nad niemowlęciem twierdzi, że poczuje się matką bo kupi sobie taką lalkę to nieeeeee, na pewno w pełni matką się nie poczuje, a wręcz kiedy w końcu uda jej się zajść w ciążę i zobaczy, że to wygląda zupełnie inaczej niż sobie wyobrażała to może się prawdziwie zszokować i wpaść jeszcze jakąś poważną depresję poporodową. Także, jestem na nie, jeśli chodzi o wykorzystywanie takich lalek w celach terapeutycznych. Dodatkowo ... mam wątpliwości, czy takie lalki aby na pewno trafiają do kobiet, które potrzebują ich ze względu na swoje problemy z psychiką. Co jeśli takie lalki trafiają do jakichś pedofili? No ja wiem, że to tylko lalki, ale od lalek się zwykle zaczyna, od oglądania zdjęć w internecie się zaczyna a kończy na bezbronnych dzieciach bo apetyk takiego pedofila rośnie w miarę jedzenia. Ta rebornerka na swoich filmikach często nagrywa i pokazuje jak zajmuje się tym rebornem, nadaje mu imię, raz jest Hania, raz Ola, raz Józio, myje go, przebiera, zabiera na spacer i nawet zrobiła takie nagranie, że dziecko jest chore i podłączyła go do aparatu tlenowego. Jak dla mnie to ostatnie to jakaś paranoja, no ale każdy inaczej to wszystko odbiera.
A co wy myślicie o takich lalkach i udawaniu, że to wasze dziecko?
  • awatar Wieczna Studentka: Też to kiedyś oglądałam. No cóż, ja bym nie umiała się tak "bawić". Jeśli ktoś to lubi, podoba mu się... Ale ja bym takiej lalki nie chciała.
  • awatar Pussh: @antybohaterka: zgadzam się
  • awatar antybohaterka: To terapia ale portfeli producentow. Nie wolno poglebiac tych zlych doznan wiec taka lalka to nie wiem po co. Piekne sa ale jak niezywe dzieci.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
A jeszcze miałam wczoraj taką sytuację, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że ludzie są z natury źli i zawsze muszą komuś dopieprzyć. Nie wszyscy, nie chcę generalizować, ale istnieją na tym świecie jednostki, które nie kontrolują tej swojej wrodzonej wredności i wylewają ją na innych. Tak jest np. z tym facetem, który tutaj ze mną pracuje w biurze, tak jest z wieloma innymi osobami, których wredności doświadczyłam na własnej skórze i tak było np. wczoraj z dwiema paniami spotkanymi na ulicy. Wiem, że sytuacja była raczej na moją niekorzyść bo stanęłam autem na pasach w korku, ale było tak, że korek się po woli przesuwał, przesuwał raczej ruchem ciągłym i nagle stanął a ja wraz z nim akurat na pasach. Przede mną auto, za mną auto, raczej nie miałam możliwości zjechania z tych pasów. No i proszę ja was jak tylko pojawiło się zielone światło na tych pasach i ludzie zaczęli przechodzić to pojawiły się dwie takie panie, która jedna wyzwała mnie od idiotek bo stoję na pasach i pukała się w czoło, a druga podeszła do mnie i pyta z wyrzutem czemu tu stoję, no więc zgodnie z prawdą powiedziałam jej "a gdzie według pani ja mam pojechać, bo ani do przodu, ani do tyłu", a ona do mnie " a niech sobie pani jedzie gdzie chce i poszła . No i takich wredot to pełno chodzi po świecie proszę was... natomiast są też ludzie, którzy nad tą swoją wrodzoną wrednością potrafią panować i są mili, uprzejmi i kolejnym razem, kiedy podjeżdżając do pasów akurat tak się zdarzyło, że widziałam, że ten przede mną zaraz za pasami się zatrzyma w korku i ja widząc taką sytuację byłam w stanie zareagować i zatrzymać się przed pasami, pani, która akurat przez te pasy przechodziła nawet podziękowała mi, że ją przepuściłam. Także może ludzie czasem po prostu powinni poczuć trochę tej empatii, im, wam nie zawsze wszystko idealnie wychodzi. Siedząc z kółkiem nie zawsze jesteście w stanie wszystko przewidzieć. Stanęłam wtedy na tych pasach zupełnie przypadkiem, nie żeby komuś na złość zrobić, po prostu, tak wyszło, zjechać z nich nie mogłam, wystarczyło by odrobina zrozumienia. Ale to trzeba się czasem wysilić, zdobyć na taką wyrozumiałość w stosunku do drugiego człowieka. Jedni taką umiejętność posiadają innym być może nawet się nie chce.
 

 
Mały nadal siedzi w domu. Do środy ma przykaz brania antybiotyku i pozostania w domu. Byłam z nim u pediatry i w piątek i wczoraj jeszcze bo kazali na ostateczne zdecydowanie co z małym robić iść jeszcze wczoraj, także poszliśmy i nic nie słychać osłuchowo, a dziecko jeszcze ma taki odrywający się mocno kaszel no i katar gęsty co prawda, taki przy końcówce, ale nie ma co go w takim stanie jeszcze puszczać do przedszkola. Tym bardziej, że on też szybko się męczy, choroba go trochę przemaglowała przez maszynkę, bo często się poci i szybko męczy.
No ale myślę, że w czwartek to go spokojnie już do przedszkola puszczę, te dwa dni jak jeszcze pochodzi to nie będzie jakieś duże dla niego obciążenie. Wczoraj to ja z małym zostałam a dziś i jutro teściowa.
No, a teściowa mi dziś powiedziała, że dziecko tej ich sąsiadki, która z nimi po sąsiedzku mieszka (masło maślane) okazało się, że ma zapalenie oskrzeli. Sytuacja jest o tyle ważna wspomnienia, że mój syn z tymi jej dziećmi (bo ona ma dwoje, jedno starsze -7 lat, drugie młodsze -4) bawił się tego dnia, którego my z małym pojechaliśmy na SOR. Bawili się nie tak długo i na podwórku i nie chodzi mi nawet o to, że się od siebie pozarażali czy coś, chodzi o to, że zauważyłam, że ten syn tej sąsiadki on bardzo podobnie kaszlał do mojego małego. Tego samego dnia, kiedy się widzieli. No i ona, ta sąsiadka mówiła mi, że ona jest przekonana, że to kaszel alergiczny u jej syna i że z całą pewnością u mojego syna, który kaszlał prawie identycznie też jest to kaszel typowo alergiczny. Ja taka lekko zdziwiona mówię do niej "taaak myślisz??", a ona do mnie "no masz prawie 4 lata dziecko a swojego dziecka nie znasz?????". No mówię wam... jak mnie ten tekst wpienił, to normalnie myślałam, że jej coś powiem tak, żeby jej w pięty poszło, ale ponieważ ani sił nie miałam, ani też większej ochoty na dochodzenie się z jej mądrościami to powiedziałam jej tylko, że syn mój jeszcze 4 lat nie ma, a do ukończenia to mu jeszcze daleko (grudzień) a sama wewnętrznie byłam przekonana, że to żadna alergia nie jest tylko coś naprawdę dużo poważniejszego. Wtedy stawiałam na zapalenie oskrzeli, ale nie zdawałam sobie sprawy, że sprawy właściwie to już poszły dużo dalej i było zapalenie płuca. No i teraz tak jak mi teściowa powiedziała o tym, że ta sąsiadka wtedy też poszła ze swoim synem do lekarza, żeby potwierdzić, że ten kaszelek to tylko alergia to tak się okazało, że jednak zapalenie oskrzeli i kto tu kurde nie zna swojego dziecka?????? NO KURDE KTO???? No na pewno nie ja. A ona dwójkę ma i jedno jest na świecie już 7! słownie SIEDEM lat i nadal nie jest w stanie rozróżnić kaszlu alergicznego od kaszlu zapalnego. No i powiem wam, powiem... że następnym razem jak ją zobaczę, to jej kurde to wypomnę, wypomne jej ten tekst bo ona jest taką osoba, która uwielbia się wymądrzać. Myśli, że jak matka dwójki to wie więcej, ale nie koniecznie. Ja jako matka jedynego dziecka jestem w stanie skupić się bardziej na tym moim jedynym synu i wiem co kiedy mu dolega i znam się na moim dziecku najlepiej a mówienie kobieta kobiecie takich rzeczy tupu "co się nie znasz" jest cholernie chamskie. No... to się wygadałam.
 

 
Znowu w pracy. Wczoraj cały dzień przesiedziany w domu, pogoda za oknem rozpieszczało i trochę było żal, że nie moglismy nigdzie wyjść, ale ostatecznie powiem szczerze, że jakoś tak źle nie było. Po śniadaniu bawiliśmy się w przyjęcie urodzinowe. Ustawiliśmy z małym większość misiów i robotów przy stole i mały gotował im różne dania, podawał do stołu, karmił. Potem była zabawa w gaszenie pożaru, jeździliśmy wozem strażackim po domu i gasiliśmy różne przedmioty prawdziwą wodą, a następnie było wielkie ścieranie podłogi, to też super zabawa. Potem prasowaliśmy ubrania, to znaczy ja prasowałam a mały mi przynosił i odnosił. Po obiedzie upiekliśmy razem ciasto, a na kolacje robiliśmy jeszcze gofry i tak jakoś to szybko nam zleciało, że nawet nie obejrzałam się jak była już 21. W poniedziałek mały miał gorączkę. Ale podaliśmy mu tak naprawdę tylko dwa razy syrop przeciwgorączkowy, po ostatnim podaniu przespał pół wieczoru i dość mocno się wypocił, także wczoraj nawet sam powiedział jak wstał, że czuje się już lepiej. No kaszel jeszcze ma, ale nie taki duszący tylko raczej wygląda to na taki wykrztuszający. Ma robiote te inhalacje wiec to głównie one tak wymuszają na nim, żeby odkasływał wydzielinę, ale to akurat dobrze, no bo w końcu musi się pozbyć tego dziadostwa z płuc. No i chyba osiągnęłam dość szybki sukces w nauce dmuchania nosem przez młodego. Myślałam, że to dłużej będzie trwało i że będzie oporny, ale jakoś wytłumaczyliśmy mu oboje z męzem na czym sprawa polega i wczoraj cały dzień dmuchał nos w chusteczkę, katarek zupełnie oddstawiony. Na początku było trochę słabo, ale pod wieczór już dmuchał wystarczająco mocno, żeby wychodziły piękne, duże ...że tak to nazwę ..smarki...No wiem.... nie sądziłam, że kiedykolwiek w życiu bedę zachwycała się czyimiś smarkami....
No nic... także, ja wam życzę przede wszystkim zdrowej majówki, bawcie się dobrze, bo ja w pracy dziś siedzę i tak średnio mi się to uśmiecha.